2012
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
.. will you recognize me when I lose another friend? ..
/Emeli Sande/

przyjechała Jarka siostra i pokazala taki fajny utwór. bardzo.
muzycznie to głównie czekam na maj i na londyński koncert Afghan Whigs. a tuż po tygodniowe wakacje, drinki z palemką, laba i tęsknota za synem przed nami.

dużo i nic. domowa bajka, chujna u Jarka w pracy, w mojej sielanka, jak zwykle teoria stu procent, damy radę. białe wino z wodą w przepięknym kielichu, który udało mi się szczęśliwie przewieźć 3 tygodnie temu z Włoch i nie stłuc, chociaż fakt, tłukę tylko w domu, jak trzy poprzednie. u Ratlera było cudnie, i znów jeździłam na rowerze. powinniśmy mieć w domu większy balkon, bo stolik z krzesełkami plus moje miejsce na pranie plus dwa rowery nie dają rady, coś za coś.

dziś z domu wyjechała nasza wielka juka, zamieszkała na półpiętrze, niestety zostawić młodego za sekundę samego oznacza kwiatową ziemię wszędzie. nieokiełznany mój, dziś po raz czwarty w swoim życiu spadł z łóżka, kocham nieprzytomnie.

ostatni czas mówi: doceniaj!!!, a ja i tak zajebiście doceniam co mam. patrzę na chore, złe związki ludzi, którzy są ze sobą z przyzwyczajenia i wygody, i bo nie potrafią tego przetrwać, patrzę na miotanie się w niepewności. z drugiej strony widzę, jak wczoraj - brat z żoną, po pierdyliardzie rozstań, ślubie i rozwodzie, tacy silni razem, i po tym co przeszli ostatnio, po tym bólu, depresjach, stają na nogi, żyją, tulą się do siebie i planują. wszystko to, o co walczyli i walczą, ja mam na wyciągnięcie ręki.

ostatnio z Tymkiem byliśmy na bazarze po bazie, pani wpatrzona w młodego zadała sto pytań o, młody słał uśmiechowe dołki zza chusty, na koniec pani wręczyła mi resztę, bazie i pęk pięknych czerwonych tulipanów - 22 sztuki, w folii do sprzedaży - mówiąc: to w prezencie dla synka. nieprawdopodobne, nie sądziłam, że takie bezinteresowne sytuacje mogą się jeszcze zdarzyć.

2012-03-25
skomentuj(0)
.. kocham cię kocham więc rozmawiajmy ...
/Muchy/

olaboga, Beti przyjechała, choć na sms z pytaniem o kawę spodziewałam się tradycyjnej odpowiedzi typu nie bo cośtam. w ramach prezentu za to, bo podobno nie zna, niemożliwe.

z racji bycia matką omija mnie szereg spotkań. Olcia moja zapytała ostatnio, czy mi brakuje spendów. nie, bo wtedy i tak młody z nami, więc 90% uwagi na nim. brakuje mi za to zajebiście takich wieczorów jak dzisiejszy czy zeszła sobota, kiedy siedzimy i gadamy, bez przekrzykiwania się, spokojnie, o wszystkim.

młody raczkuje. dziś rozpoczął na całego. jest wszędzie, zostawiam go pod łóżkiem, a i tak za chwilę jest pod szafką z telewizorem i wali ręką w dvd. jest tak cudny, że brak mi słów.

wróciłam do pracy, dzień po skończeniu przez młodego pół roku, fajnie się tam porelaksować, powrót doceniony (.. nie znalazłaś godnego zastępcy..), wracam do domu jak na skrzydłach, z pełnymi cyckami i tęsknotą taką, że wcześniej sama bym się o nią nie podejrzewała. 

za dwa i pół tygodnia Ratler, plan działania ustalony, będziemy gadać, jeść, pić, będę pozować do zdjęć i jeździć na rowerze. nie mogę się doczekać, tęsknię. szkoda tylko, że Maćka nie będzie z nami, widać tak mu było lepiej, bawi się teraz z moją Kluską na chmurkach.

minęło pięć lat od kiedy mieszkam w tym mieszkaniu, kiedyś uważałam że jest za duże, heh - jest idealne dla naszej trójki plus pies, jak wszystkim chyba brakuje kilku metrów, ale spokojnie dajemy radę. pięć lat temu, to był bardzo dziwny czas.

w ramach przed_walentynek dostałyśmy dziś z Beti po jabłku z napisem i love you. 
kocham. 

kocham jak dwa lata temu, ogłupieńczo, beztrosko i beznadziejnie mocno. i z wzajemnością.

2012-02-11
skomentuj(0)
.. I'm giving you a night call to tell you how I feel ..
/Kavinsky/

za tydzień Młody kończy pół roku. minęło w sekundę, aż za szybko. jest cudowny, najcudowniejszy, taki radosny, wiecznie uśmiechnięty, wdzięczący się do wszystkich, z tymi swoimi dołeczkami w policzkach, moje cygańskie dziecko, do wszystkich chętnie na ręce, do wszystkich się przytulać. rośnie, rosną mu włosy i stopy, pełza, przymierza się do raczkowania, pluje i robi bąble ze śliny, gada sam do siebie, łapie wszystko co mu wpadnie w ręce i pakuje do buzi. trzy dni temu znudziło mu się leżenie w łóżeczku, poszłam wziąć go na ręce, pochyliłam się, po czym syn sieknął mnie w twarz i powiedział z wyrzutem: mamaaaa... najpiękniejsze słowo, którego nie mogłam się doczekać, natychmiast wybaczyłam okoliczności :) nie wyobrażam sobie mojego świata bez niego. przekręcił mi życie i stał się jego priorytetem, najukochańszym i najpiękniejszym.
za tydzień, w przyszły wtorek, wracam do pracy. ojezu. z jednej strony zajebiście, stęskniłam się za ludźmi, fajnie będzie robić coś innego niż zmienianie pieluch i wystawianie cycka, pogadać z dorosłymi przez kilka godzin dziennie. z drugiej - ojezu.

jako że P. opowiadał i kusił, obejrzeliśmy "Drive", i warto było, i faktycznie soundtrack genialny, słucham dużo i nawet przekonałam się do utworu, którym zachwycała się Beti, a mi jakoś wcześniej nie podchodził, tak, jest genialny.

wzięłam sobie za punkt honoru zrobić porządek w zdjęciach, w sensie: powywoływać, opisać, poukładać odpowiednio w albumach. na razie porządek w fotkach Tymkowych, jakieś 700 sztuk ogarniętych jak należy. pozostałe - widzę światełko w tunelu, ostatnich kilka lat albo już wywołanych i opisanych, albo jeszcze nie opisanych, łącznie z półtora tysiąca, a w kolejce kolejne półtora do wywołania i tak dalej. to, co już mam, leży na stole, nie wkładam do albumów, bo najpierw pozostałe, żebym niedajboziu nie straciła kolejności. bawię się tym od kilku już tygodni, bo to nie takie łatwe, mając fikajacego Młodego na kolanach.

do 2003 roku zdjęcia mam poukładane, od tego czasu część wywołana, część nie, przeglądam, wspominam, wyjazdy, sabaty, wakacje, codzienność, spacery. tyle drobiazgów kłuje w oczy, tak bardzo widać, kiedy byłam szczęśliwa, a kiedy smutek. najdziwniejszy jest rok 2009, początek - smutek, kwiecień w Paryżu - jestem na może 20 fotkach, wyglądam strasznie, na żadnym się nie uśmiecham, później czerwiec i Grecja z mamą, uśmiecham się w małej części, chyba tylko po to, żeby sprawić przyjemność mamie, szok, bo mama na tych zdjęciach wygląda młodziej niż ja. tuż po tym lipiec i działka z Ratlerem, a chwilę później włoski weekend, gdzie widać jak bardzo odżyłam, zupełnie inna ja. a potem już z górki, bo nie dość, że boska LaManga, urodzinowy prezentowy Rzym z żoną, to i fantastyczna końcówka, czyli my.
Ratler odwaliła kawał dobrej roboty, robiąc nam pierdyliard zdjęć, gdzie tulimy się do siebie i wpatrujemy z zachwytem, na pierwszy rzut oka widać, że to początki, bo takich spojrzeń nie da się pomylić z niczym innym. oglądam je i ściska mnie, że można być aż tak szczęśliwym.

na przełomie lutego i marca znów Włochy, znów dwa i pół dnia, zapowiada się rower i wino nad rzeką, tęsknię za nią tutaj tak mocno, że aż boli, i nie mogę się doczekać. wieczorami gadamy mailowo godzinami, chodzę spać o nieludzkich porach, nigdy nie żałuję, że rano oczy na zapałki. jest tak ważną i tak niezbędną mi osobą, że nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby półtora roku temu wszystko się między nami nie poukładało. byłoby pusto, cholernie, ot co.

po lekturze ostatniego babskiego czytadła (dostałam od Jarka, w ramach uzupełnienia kolekcji tej pani dzieł w wersji kieszonkowej, oraz w ramach wyluzowania po ostatnich dwóch Palahniukach), zaskakująco dużo przemyśleń. poznajemy kogoś, zakochujemy się - nie w ogóle, tylko w poszczególnych cechach. w stanowczości, w tym że ów ktoś ma pasje, w jego niezależności, w dobroci. i co się dzieje, kiedy po jakimś czasie ta osoba traci te cechy? z pewnej siebie, przebojowej osoby staje się mimozą proszącą, aby wybrać za nią sok w sklepie albo żarcie w knajpie. z niezależnej, kurą domową czekającą na telefon, podporządkowaną do planów swej połówki. z osoby z pasją do czegoś fajnego, osobą interesującą się tylko serialami i pudelkiem. co wtedy? według książki chujnia, według mnie też. po przeanalizowaniu pod tym kątem - fakt, tak się rozpadały moje związki, właśnie przez takie zmiany, w obu zresztą zainteresowanych stronach. jeśli pokochałam, bo czułam się dobrze, beztrosko, lekko, i nagle wrażenie, że mam 50 lat i trójkę dzieci na karku. albo pokochałam, bo cierpliwość, pasja i rozmowy o niej, ciekawość mnie, a po latach dwa całkowicie różne i nie zainteresowane sobą światy. 
zakochałam się tak straszliwie w Jarku, bo dał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa i pewności, że cokolwiek się nie dzieje, jest ze mną. świadomość, że nie muszę niczego zmieniać, w niczym się naginać, bo on mnie chce dokładnie taką jaka jestem, czasami spokojną i nudną do bólu, czasami nieprzewidywalną, raz megadomatorkę, innym razem totalną imprezowiczkę, bo szanowal moje zdanie, moich przyjaciół i znajomych, bo chciał poznawać moje życie, słuchać o nim i stawać się jego częścią, wreszcie - bo moja niezależność, butność i samowystarczalność dawała mu sygnał, że nie jestem typem bluszcza, nie owinę się wokół niego nie dając mu wytchnienia, że potrafię go wypchnąć do kolegów, że nie nudzę się sama z sobą, że nie jest mi potrzebny 24 godziny na dobę.
za to że chciał mnie taką jaką byłam, jestem. kiedyś tym pisałam, wtedy bolało. teraz pamiętam tylko dlatego, że te słowa istnieją, gdzieś w przestrzeni, chociaż już mnie nie dotyczą.
zapytałam Jarka, dlaczego się we mnie zakochał, w czym. bo jestem dobra, dbam o niego i o ludzi ogólnie, i bo jestem niezależna i nie do ogarnięcia. na pytanie, czy gdyby to się zmnieniło, i na przykład gdybym z przysłowiowego niezależnego burka z blokowiska zrobila się ciepłą kluchą pod pantoflem, to czy by przestał TAK na mnie patrzeć? pewnie tak. i to nauczka. wiadomo że ludzie się zmieniają, ale przecież nie zatracają się aż tak. więc albo na początku związków nie należy grać i udawać kogoś, kim się nie jest, albo starać się nie zatracić siebie. 
zreszta zawsze uważałam, że - egoistycznie - kiedy ja przestanę być szczęśliwa, to to przestaje mieć jakikolwiek sens. w związku obie strony muszą czuć się dobrze, być spełnione i szczęśliwe, inaczej to o kant dupy. i tego się trzymajmy.

lubię wychodzić na balkon, kiedy jest ciemno i zimno. przez brudną szybę zaglądam do naszego mieszkania, i widzę ciepło zielonych i pomarańczowych ścian, przedziwną i od ziemi do sufitu choinkę, a pod nią Młodego wierzgającego rączkami i nóżkami, a obok wpatrującego się w niego z niemym zachwytem Jarka, i pilnującego ich obu Louvika, i czuję się szczęśliwa.
i spełniona.

2012-01-18
skomentuj(1)
.
cudowne schronisko
mniamu.pl
zwierzaki