| .. tomorrow never comes until it's too late .. |
| 2012 styczeń 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień |
.. I'm giving you a night call to tell you how I feel ..
2012-01-18/Kavinsky/
za tydzień Młody kończy pół roku. minęło w sekundę, aż za szybko. jest cudowny, najcudowniejszy, taki radosny, wiecznie uśmiechnięty, wdzięczący się do wszystkich, z tymi swoimi dołeczkami w policzkach, moje cygańskie dziecko, do wszystkich chętnie na ręce, do wszystkich się przytulać. rośnie, rosną mu włosy i stopy, pełza, przymierza się do raczkowania, pluje i robi bąble ze śliny, gada sam do siebie, łapie wszystko co mu wpadnie w ręce i pakuje do buzi. trzy dni temu znudziło mu się leżenie w łóżeczku, poszłam wziąć go na ręce, pochyliłam się, po czym syn sieknął mnie w twarz i powiedział z wyrzutem: mamaaaa... najpiękniejsze słowo, którego nie mogłam się doczekać, natychmiast wybaczyłam okoliczności :) nie wyobrażam sobie mojego świata bez niego. przekręcił mi życie i stał się jego priorytetem, najukochańszym i najpiękniejszym.
za tydzień, w przyszły wtorek, wracam do pracy. ojezu. z jednej strony zajebiście, stęskniłam się za ludźmi, fajnie będzie robić coś innego niż zmienianie pieluch i wystawianie cycka, pogadać z dorosłymi przez kilka godzin dziennie. z drugiej - ojezu.
jako że P. opowiadał i kusił, obejrzeliśmy "Drive", i warto było, i faktycznie soundtrack genialny, słucham dużo i nawet przekonałam się do utworu, którym zachwycała się Beti, a mi jakoś wcześniej nie podchodził, tak, jest genialny.
wzięłam sobie za punkt honoru zrobić porządek w zdjęciach, w sensie: powywoływać, opisać, poukładać odpowiednio w albumach. na razie porządek w fotkach Tymkowych, jakieś 700 sztuk ogarniętych jak należy. pozostałe - widzę światełko w tunelu, ostatnich kilka lat albo już wywołanych i opisanych, albo jeszcze nie opisanych, łącznie z półtora tysiąca, a w kolejce kolejne półtora do wywołania i tak dalej. to, co już mam, leży na stole, nie wkładam do albumów, bo najpierw pozostałe, żebym niedajboziu nie straciła kolejności. bawię się tym od kilku już tygodni, bo to nie takie łatwe, mając fikajacego Młodego na kolanach.
do 2003 roku zdjęcia mam poukładane, od tego czasu część wywołana, część nie, przeglądam, wspominam, wyjazdy, sabaty, wakacje, codzienność, spacery. tyle drobiazgów kłuje w oczy, tak bardzo widać, kiedy byłam szczęśliwa, a kiedy smutek. najdziwniejszy jest rok 2009, początek - smutek, kwiecień w Paryżu - jestem na może 20 fotkach, wyglądam strasznie, na żadnym się nie uśmiecham, później czerwiec i Grecja z mamą, uśmiecham się w małej części, chyba tylko po to, żeby sprawić przyjemność mamie, szok, bo mama na tych zdjęciach wygląda młodziej niż ja. tuż po tym lipiec i działka z Ratlerem, a chwilę później włoski weekend, gdzie widać jak bardzo odżyłam, zupełnie inna ja. a potem już z górki, bo nie dość, że boska LaManga, urodzinowy prezentowy Rzym z żoną, to i fantastyczna końcówka, czyli my.
Ratler odwaliła kawał dobrej roboty, robiąc nam pierdyliard zdjęć, gdzie tulimy się do siebie i wpatrujemy z zachwytem, na pierwszy rzut oka widać, że to początki, bo takich spojrzeń nie da się pomylić z niczym innym. oglądam je i ściska mnie, że można być aż tak szczęśliwym.
na przełomie lutego i marca znów Włochy, znów dwa i pół dnia, zapowiada się rower i wino nad rzeką, tęsknię za nią tutaj tak mocno, że aż boli, i nie mogę się doczekać. wieczorami gadamy mailowo godzinami, chodzę spać o nieludzkich porach, nigdy nie żałuję, że rano oczy na zapałki. jest tak ważną i tak niezbędną mi osobą, że nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby półtora roku temu wszystko się między nami nie poukładało. byłoby pusto, cholernie, ot co.
po lekturze ostatniego babskiego czytadła (dostałam od Jarka, w ramach uzupełnienia kolekcji tej pani dzieł w wersji kieszonkowej, oraz w ramach wyluzowania po ostatnich dwóch Palahniukach), zaskakująco dużo przemyśleń. poznajemy kogoś, zakochujemy się - nie w ogóle, tylko w poszczególnych cechach. w stanowczości, w tym że ów ktoś ma pasje, w jego niezależności, w dobroci. i co się dzieje, kiedy po jakimś czasie ta osoba traci te cechy? z pewnej siebie, przebojowej osoby staje się mimozą proszącą, aby wybrać za nią sok w sklepie albo żarcie w knajpie. z niezależnej, kurą domową czekającą na telefon, podporządkowaną do planów swej połówki. z osoby z pasją do czegoś fajnego, osobą interesującą się tylko serialami i pudelkiem. co wtedy? według książki chujnia, według mnie też. po przeanalizowaniu pod tym kątem - fakt, tak się rozpadały moje związki, właśnie przez takie zmiany, w obu zresztą zainteresowanych stronach. jeśli pokochałam, bo czułam się dobrze, beztrosko, lekko, i nagle wrażenie, że mam 50 lat i trójkę dzieci na karku. albo pokochałam, bo cierpliwość, pasja i rozmowy o niej, ciekawość mnie, a po latach dwa całkowicie różne i nie zainteresowane sobą światy.
zakochałam się tak straszliwie w Jarku, bo dał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa i pewności, że cokolwiek się nie dzieje, jest ze mną. świadomość, że nie muszę niczego zmieniać, w niczym się naginać, bo on mnie chce dokładnie taką jaka jestem, czasami spokojną i nudną do bólu, czasami nieprzewidywalną, raz megadomatorkę, innym razem totalną imprezowiczkę, bo szanowal moje zdanie, moich przyjaciół i znajomych, bo chciał poznawać moje życie, słuchać o nim i stawać się jego częścią, wreszcie - bo moja niezależność, butność i samowystarczalność dawała mu sygnał, że nie jestem typem bluszcza, nie owinę się wokół niego nie dając mu wytchnienia, że potrafię go wypchnąć do kolegów, że nie nudzę się sama z sobą, że nie jest mi potrzebny 24 godziny na dobę.
za to że chciał mnie taką jaką byłam, jestem. kiedyś tym pisałam, wtedy bolało. teraz pamiętam tylko dlatego, że te słowa istnieją, gdzieś w przestrzeni, chociaż już mnie nie dotyczą.
zapytałam Jarka, dlaczego się we mnie zakochał, w czym. bo jestem dobra, dbam o niego i o ludzi ogólnie, i bo jestem niezależna i nie do ogarnięcia. na pytanie, czy gdyby to się zmnieniło, i na przykład gdybym z przysłowiowego niezależnego burka z blokowiska zrobila się ciepłą kluchą pod pantoflem, to czy by przestał TAK na mnie patrzeć? pewnie tak. i to nauczka. wiadomo że ludzie się zmieniają, ale przecież nie zatracają się aż tak. więc albo na początku związków nie należy grać i udawać kogoś, kim się nie jest, albo starać się nie zatracić siebie.
zreszta zawsze uważałam, że - egoistycznie - kiedy ja przestanę być szczęśliwa, to to przestaje mieć jakikolwiek sens. w związku obie strony muszą czuć się dobrze, być spełnione i szczęśliwe, inaczej to o kant dupy. i tego się trzymajmy.
lubię wychodzić na balkon, kiedy jest ciemno i zimno. przez brudną szybę zaglądam do naszego mieszkania, i widzę ciepło zielonych i pomarańczowych ścian, przedziwną i od ziemi do sufitu choinkę, a pod nią Młodego wierzgającego rączkami i nóżkami, a obok wpatrującego się w niego z niemym zachwytem Jarka, i pilnującego ich obu Louvika, i czuję się szczęśliwa.
i spełniona.
skomentuj(1) .. your attention, please ..
2011-12-20/Afghan Whigs/
była Ratler, i jedyne co myślę, to że tak bardzo się cieszę, że przetrwałyśmy. to wielka sztuka, umieć tak bardzo chcieć.
i wszystko przebija moja radość z tego koncertu. reaktywowali się - ojezu, mam nadzieję że na jak najdłużej, i że zrobią pierdyliard tak wspaniałych utworów jak na przykład ten. największa radość - mamy już bilety na majowy koncert w Londynie, i nie jestem w stanie opowiedzieć jak bardzo się cieszę. nigdy nie czekałam na koncert aż tak, coś jak Beti mówiąca, że jak posłucha na żywo Radiohead to może umierać. było dużo muzyki,wiele koncertów, kiedy szłam słuchać i zasłuchana mówiłam tak, to jest to.. ale taraz to oczekiwanie powoduje dreszcze, jak nigdy dotąd.
rozrywa mnie.
skomentuj(1) .. nie czas by stać, patrzeć w niebo, i nie czas by wciąż szukać win ..
2011-12-05/Kayah/
lipcówki moje ulubione wrzuciły ostatnio nowy wątek: czy czegoś żałujecie w życiu? nie wypowiadam się tam w takich tematach, ale poczytałam, przemyślałam. i nie. poza jedną sprawą, która spokojnie jest do załatwienia, nie żałuję niczego, absolutnie niczego.
nie żałuję szaleńczego życia w młodości, bo dało mi i doświadczenie, i określiło dokładnie, co mi się podoba, a czego nie akceptuję.
nie żałuję wyjścia za mąż, mimo rozwodu po pięciu latach, bo to było pięknych kilka lat. i mam świetnego kumpla.
nie żałuję wyboru studiów, które gówno mi dały, bo określiły, czego nie chcę robić, co mnie nie bawi, choć wcześniej myślałam inaczej.
nie żałuję końcówki małżeństwa, bo była kropką nad i, i otworzyła mi drogę do późniejszego, szczęliwego życia.
nie żałuję mlodzieczych miłosci, bo były piękne, i teraz mogę je powspominać z łezką w oku, a czasami nawet pooglądać (uwielbiam ten teledysk, oglądałam go pierdyliard razy, i za każdym razem chce mi się płakać, nie, absolutnie nie przez niego - ogólnie, bo i tekst, i ci wszyscy ludzie).
nie żałuję uśpienia Kluseczki, którą kochałam przeogromnie, bo to był największy dowód miłości, jaki moglam jej dać.
nie żałuję 6 lat z S., bo większość tych lat była fantastyczna, bo pokazał mi świat z innej perspektywy, za co jestem bardzo wdzięczna.
nie żałuję obcinania włosów, bo odrastają jeszcze fajniejsze.
nie żałuję znacznego przytycia od czasów mega chudości, bo w pierwszym rzucie ludzie patrzą na mnie jak na człowieka, a nie jak na obiekt.
nie żałuję utraconych przyjaźni, bo najwidoczniej miały nie przetrwać, w ich miejscu mam już_nie_takie_nowe, które są moim powietrzem, miłością i wszystkim co najważniejsze.
nie żałuję że tak późno poznałam Jarka, bo wcześniej był za młody.
nie żałuję decyzji o dziecku, bo to była najlepsza decyzja mojego życia. mam najcudowniejszewgo syna świata, serio.
nie żałuję że urodziłam dziecko dopiero w wieku 34 lat, bo - przede wszystkim - wcześniej oznaczałoby to rodzicielstwo z kimś innym niż Jarek, i wcześniej egoistycznie nie byłam na to gotowa.
niczego nie żałuję. czasami mogże mi się wydawać, że mogłam pomyśleć / zrobić coś mądrzej, ale wszystko jest po coś, akcja rodzi reakcję, wszystko ma swój sens, i wszystko to jest dla mnie dobre, najlepsze.
Tymek gada do zabawek zawieszonych na pałąku jego bujaka, a Jarek zakłada Louvikowi obrożę do wieczornego spaceru, i patrząc mu prosto w brązowe oczyska śpiewa z czułością; zabiooorę cię właśnie tam... - uwielbiam mój Dom :)
skomentuj(0) |
. cudowne schronisko mniamu.pl zwierzaki |